Translate

czwartek, 26 kwietnia 2018

KINGDOM "Putrescent Remains of the Dead Ground"


KINGDOM

Królestwo rozwarło swe wrota po raz siódmy. Krusząc pieczęć dwuletniej ciszy, uwolniło strumienie ognistej mazi riffów i piekielnych werbli spływających z gnijących trzewi martwej ziemi. Spadł knebel rdzy z szczęk zawiasów a usta wrót wypełnił jęk... Jak na deathmetalową bestię przystało, tym nieomal półgodzinnym materiałem trzej królowie zdesekrowali wszystko, co nie zdążyło umknąć a pozostało w zasięgu zwiniętej w pięść krogulczego pazura. Diabelski młot zatoczył osiem smolistych łuków, po dwakroć spluwając strzępem tkanki na cztery strony świata, by strzaskać grobowce ludzkości.
Bezpardonowa, a mimo to pełna technicznych smaczków dźwiękowa jatka przetacza się niewzruszenie, niczym walec przez zgliszcza szpitala zakaźnego, skutecznie annihilując żywe, miażdżąc je pospołu z martwym i dogorywającym. Stojąc nieco na rozstaju dróg, nie mogąc się zdecydować w pełni, czy oddać hołd jedynie starej szkole brutal death metalu okraszając ją większą dozą melodyjności i techniki, operator machiny zakręcił profilaktycznie kierownikiem krwiożerczego kombajnu nieco na północ, deflorując nieco poletka black metalowej bezkompromisowości i furii lat dziewięćdziesiątych, kiedy gatunek ten nie brał jeńców. Naturalną konsekwencją tego zabiegu było kolejne sięgnięcie po perłę z dorobku sceny norweskiej tamtych lat, tym razem objawiające się coverem Nieśmiertelnego – Blashyrkh. Dziewiczo biały śnieg spłynął smolistą sraką tworząc węglowe bałwany diabelskiego pomiotu, bo na krew tu już nie ma miejsca.
Pulsująca nawała nut emitowanych przez większość programu z prędkością światła, już w chwilę po odpaleniu CD miota brzeszczotami wizgających solówek i korbaczami gruchocących gnaty riffów, i tak nieustannie przez około 8 i pół stojącej na mym biurku klepsydry, a wszystko to przy akompaniamencie uruchomionej na paliwie rakietowym młockarki, wbijającej ćwieki raz za razem, okaleczając...
Krótka, ale jakże intensywna deathmetalowa produkcja, udowadniająca, że w tej dziedzinie jeszcze długo nie zostanie powiedziane ostatnie słowo, bo pomysłowość zgranych muzyków zawsze wyda na sponiewierane łono świata coś świeżego, aczkolwiek niekoniecznie ładnie pachnącego. Bo świeże ścierwo nie jest złe. A to nie jest grzeczny metal dla plastikowej młodzieży ale solidny, osadzony na technice, ale bezwzględny death metal. Płyta która niewątpliwie wzniosła Kingdom o kilka kolejnych szczebli wzwyż na drabinie różnorakich, nikomu normalnie myślącemu niepotrzebnych rankingów. Nazwa zobowiązuje. Królewskie granie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz