Translate

poniedziałek, 4 lutego 2019

TRUCHŁO STRZYGI „Nad którymi nie czuwa żaden stróż”


TRUCHŁO STRZYGI „Nad którymi nie czuwa żaden stróż”

Nie przebita osinowym kołkiem w miejscu, gdzie winien pracować mięsień sercowy a przynajmniej jego mechaniczny zamiennik, z nieurżniętym starym toporem łbem złożonym u stóp przed zabiciem wieka trumiennej skrzynki rdzawym bretnalem, Stara Strzygowa powstała by w niepełnym kwadransie trzema opowieściami punkowych bajek ululać do snu. Wiecznego. Niekoniecznie jednak brata śmierci, bo jej truchło powstało i podryguje rytmicznie miotając strzępy odpadającej tkanki pośród pogującego u stóp scenicznego cromlecha tłumu.
Obskurnie, prosto, szybko acz inteligentnie i z furią do przodu. Teksty aż za bardzo metaforyczne, ale tak widocznie musiało być już w pierwotnym zamyśle tworzenia tego mini. Alternatywnie spoglądając na przemijanie, puszczając oko do chętnego by przeczytać wciśnięty w booklet skreślony tekst, Strzygowa nuci powrzaskując piosnki w swym przekazie wiodące od dnia narodzin ku nieuniknionej jesieni życia, od której jedynie krok ku zimnem tkanej lodowej jamie w macicy Ziemi. No cóż, na samym końcu i tak czeka nas „(...) Dzień zamknięty we szkle
Ten złudny spokój jesieni
Wiatr plujący śmiercią
Zgniłość kwiatów, łzy, lastryko i znicze (…).
Ale i tak zawrzeszczmy wspólnie w chłodnym grobowcu - „(...) chleba!!! (...)” i ruszmy w tan. W bezkompromisowe szaleństwo bez nazw i stylu, bo ni to w punk, ni to w black, ni to w oldskull uderza, bo ni cholery to w stylistykę Sex Pistols nie wpada, jest dalekie od wczesnego czy późnego Darkthrone'a a i niedaleko jest mi tylko dźwięczące nutką do rozbestwienia Sodom. Tak mi jedynie zawiewa od północy dymem pokrętnie sunących smug skojarzeń, bo od furii Impaled Nazarene nie sposób tu czasem uciec. Tętniące sznyty riffów oparte na metalowym ciężarze ale przecież rozszalałe w thrashowych łupankach i wrzaskach zdzierających gardło pospołu z gromiącym bębny pałkowym. A i tak trudno tu mówić o zapożyczeniach, bo to nasza Strzygowa wyciągnęła kopyta wygodnie w niechlujnie skleconej przez pijaniutkiego cieślę z lokalnej brzozy trumience. Podniosła swe Truchło i ruszyła w tan, porywając już wraz z debiutem niemałe ilości metalowców zafascynowanych kultem gas-maski w to potępieńcze kółeczko, jak na wodzireja przystało.
I więcej mi nie potrzeba niż te tuzin minut, bo i tak klepię to w kółko jak pojebany raz za razem, a przecież już po 6 minutach młyna w lateksowym wdzianku zwieńczonym filtrem węglowym oddychanie staje się sztuką. Przetrwania.
Amen.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz